• 14 lutego 2010 - UWAGA!!! KU PRZESTRODZE!!!

W związku z sytuacją jaka została wywleczona na fora internetowe przez Pana Artura Zalewskiego, zdecydowałam się opublikować pismo, jakie zostało przesłane do EKKR dnia 15.12.2009 roku.
Jednocześnie pragnę podziękować wszystkim moim przyjaciołom za pomoc w chwilach dla mnie trudnych i ciężkich. Nigdy nie myślałam iż ich mam aż tylu...

W listopadzie 2008 roku, ze względu na duże i nieciekawe dla mnie i moich zwierząt zmiany, jakie zaszły w moim życiu prywatnym, musiałam podjąć dramatyczną decyzję i znaleźć osoby, które zaopiekują się moimi kotami. Niestety nie miałam warunków aby wszystkie mogły zamieszkać ze mną. Pytałam znajomych i moja koleżanka poleciła swoją znajomą, którą określiła jako godną zaufania i jako osobę znającą koty i ręczyła za tą Panią. Była to Pani Maria Zalewska zam. w Sulejówku (...).

W grudniu 2008 przekazałam kocura PL*Lavender Love Vivaldi, który był kocurem zakupionym z polskiej hodowli, mający za sobą wystawy i będący reproduktorem u mnie i przekazałam również kotkę wyhodowaną u siebie Blanche Maybach*PL - kotkę hodowlaną, ww Pani została poinformowana, iż ja decyduję o moich kotach i jest to tylko opieka pod moją kontrolą, ponieważ w dalszym ciągu hoduję koty i prosiłam, iż o każdym posunięciu muszą się ze mną konsultować. W styczniu b. roku wspomniałam iż chcę pokryć kotkę (którą p.Zalewska przekazała do syna Artura Zalewskiego), ale usłyszałam - że nie ma zamiaru Pani bawić się w kocięta ani wystawy. Więc zrezygnowałam.

W maju moja córka Karolina urodziła dziecko, które miało problemy zdrowotne i nie mogła opiekować się liczną gromadką kotów, więc zaproponowałam p.Marii czy chce kotkę Ophelię bo wspominała, iż Vivaldi jest bardzo samotny, chętnie zaoferowała pomoc, a ja poinstruowałam o podawaniu środków antykoncepcyjnych i jeszcze raz zaproponowałam krycie kotki, na co Pani nie była chętna.

W lipcu dowiedziałam się że Vivaldi nie żyje, ale nie dowiedziałam się niczego konkretnego i nie przedstawiono mi sekcji zwłok mojego kota. Miałam w dalszym ciągu zaufanie, gdyż moje dwie koleżanki zapewniały o dobrych intencjach i o uczynności p.Marii, która chciała mieć ładnego, rasowego kota, którym się zaopiekuje, nie kupując go.

Po śmierci Vivaldiego dzwoniła do mnie mówiąc o tym, jak to Ofelka jest smutna i odczuwa brak towarzystwa, ale dziwnym trafem nie chciała koteczki tylko przez cały czas mówiła o kocurze. Myślałam, że ma dobre intencje i dałam się namówić na powierzenie do opieki, wraz z koteczką, kocura sprowadzonego z hodowli z Izraela - Onasisa (początek sierpnia 2009). W tym czasie niewiele kontaktowała się ze mną. Jedynie odezwała się pod koniec września iż wydaje się jej że Ofelka jest w ciąży, byłam niesamowicie zdenerwowana, ponieważ nie było mowy o takiej samowoli. Przecież to miała być opieka i kochanie kotów, a nie rozmnażanie przez osobę nie mająca jakiegokolwiek pojęcia. Wywnioskowałam z rozmowy, będąc tam we wrześniu, że Pani nie ma jakiegokolwiek pojęcia i prosiłam aby podała datę kiedy mogła być pokryta przez Onasisa i mogłam ustalić w przybliżeniu termin porodu Ofelki. Wiedziałam, że ja mam dość daleko aby pomóc kotce, ale blisko niej mieszka moja przyjaciółka hodująca koty - A., której telefon podałam na wszelki wypadek, aby można było ją poprosić o pomoc, a jest to osoba niezwykle uczynna i bardzo doświadczona.

22 października byłyśmy właśnie z koleżanką, którą poleciłam do pomocy, w Łodzi i nie słyszałam telefonu, natomiast A. usłyszała i po rozmowie poinformowała mnie, że dzwoniła p.Maria mówiąc że wróciła z pracy i były już dwa kociaczki i nie wie co dalej. Koleżanka poinformowała, że konieczny jest lekarz weterynarii, który dalej zajmie się porodem, ponieważ Pani Maria bała się nawet podejść i sprawdzić w jakim są stanie. Została ona także poinformowana, że konieczne jest pilnowanie kotki i kociąt, a że my jutro przyjedziemy i wszystko sprawdzimy.

Następnego dnia pojechałyśmy do Sulejówka aby zobaczyć co się dzieje. Zaraz po przyjeździe Pani zaprowadziła nas do kuchni gdzie była kotka z kociakami (było otwarte okno i zaraz zwróciłam na to uwagę) kobieta nie miała pojęcia, że trzeba kociaki ważyć, że nikt obcy nie powinien tam wchodzić, że ona się może denerwować (w czasie naszej wizyty robotnicy remontujący dom przychodzili gotować wodę i generalnie kręcili się po pomieszczeniu z kociętami). P.Maria była nie miła i arogancka i tylko chciała usilnie wiedzieć ile kosztuje kociak MCO. A ponadto zaprosiła nas na wyższe piętro cyt. -zobaczycie panie, mam dla Was niespodziankę. Faktycznie była to niespodzianka, taka że byłam gotowa wówczas zabrać swoje koty, bo na parapecie w następnej kuchni siedział Onasis i moja kotka Blanche którą przywiózł jej syn, zapytałam dlaczego? odp. bo miała ruję, czyli nie stosowali się do moich zaleceń. Nadmieniam iż Blansia miała dwa razy kocięta i rodziła z dużymi komplikacjami i poród niekontrolowany grozi jej śmiercią, więc miała być za jakiś czas wysterylizowana. Nadmieniam, iż nie wiem i nie mogę się dowiedzieć czy ona jest w ciąży i na dodatek nie znam adresu syna p.Marii - Artura Zalewskiego. Jeśli kotka byłaby w ciąży to termin porodu byłby za jakieś 5-7 dni , potrzebna jest pomoc. Kiedy wychodziłam od kociąt p.Maria nadmieniła że kotka, kocur i kocięta są jej bo są pod jej dachem. I że wszystkie pieniądze za kocięta to jej dochód, a także stwierdziła, że ludzie potrafią zwietrzyć interes na wszystkim, a jak by dostała jakieś pieniądze to i kocięta by lepiej wyglądały (2 dniowe), nie docierało do niej, że ja jej powierzyłam tylko do opieki i koty są moje , nigdy ich jej nie sprzedałam, nie odsprzedałam ani nie darowałam, a ponadto nawet jakbym sprzedała to zmieniłabym zdanie i odebrała ze względu na to, iż nie prowadziła tych kotów według moich zaleceń, czyli według zaleceń hodowcy.

Jak można kryć kotkę bez jakichkolwiek ustaleń, skąd może wiedzieć jakim kotem jaką kotkę itp. Ta kobieta nie ma pojęcia jedynie myśli o korzyściach .Najpierw trzeba kupić kotkę, kocura, zarejestrować hodowlę, pojeździć na wystawy, a dopiero czerpać wątpliwe korzyści. Ponadto byłam z następną wizytą jak kocięta miały 16 dni i była rozmowa, że jak chce Pani otrzymać pieniądze, o których (bez przerwy) mówiła i o niczym innym, to musi ponieść koszta ogłoszeń, odliczyć koszt krycia, rodowody itp. Pani była oburzona, a ponadto było widać ewidentny brak kompetencji i opieki jakiej potrzebują kocięta (od chwili urodzenia kocięta i ich matka całe dnie były same, po domu kręcili się jedynie remontujący).

Postanowiłam pojechać i zabrać kocura, co Pani pasowało jako, że już pokryła kotki. W tym czasie niestety musiałam się jeszcze raz przeprowadzić, ale już szczęśliwie mogłam odebrać kotkę z kociętami. Pojechałam z koleżanką A.B. i zobaczyłyśmy jak p.Maria upycha za drzwiami dużego psa, który chodził z maleństwami bez szczepień i nosił je w pysku. Kotka była potwornie chuda i zapaleniem oka, kocięta (dwa) z niedowagą, jedno z kociąt miało strupki na grzbiecie (zapewne noszenie przez sukę), brudna po brzegi kuweta, a w misce niewiele ziarnek karmy i brak wody w drugiej miseczce. Brak zachowania higieny przy kociakach bez pierwszego szczepienia, wchodzenie w butach i kapciach oraz biegający pies z kociętami, który biega po podwórzu. Zostałyśmy poinformowane przez nią, że lekarz powiedział, że piły siarę to im nic nie zaszkodzi, ponadto pytałam o odrobaczanie i o zgrozo były odrobaczane - w paście odkłaczającej dostały tabletki ! ale matka nie, wszystkie kocięta miały katar i dwa z nich również stan zapalny oczu. Po odebraniu kociąt zadzwonił do mnie p. Artur Z. i zapytałam co z Blansią, czy jest w ciąży odp. że nie wie , bo ona nie da się obejrzeć i dotknąć, a więc zapytałam to jak Pan przyjmie poród itd. usłyszałam że to nie jest ważne. Niech Pani odda kotki mojej mamie, bo Panią załatwię tak że Pani popamięta, bo moja mama płacze za kotkami, mówił że nie potrzeba zdjęć, opieki, one się wychowają, nie muszą być pokazywane nikomu. Wrzeszczał.

Obecnie zależy mnie na odebraniu kotki, bardzo żałuję tej "wspaniałej" opieki i teraz widzę, że pomimo zapewnień i poręczeń bliskich znajomych zawsze trzeba dokładnie samemu sprawdzić a najlepiej nie mieć takiej potrzeby, chciałam jak najlepiej dla swoich kotów , bo są moją ogromną miłością i szczególnie teraz mają dla mnie jeszcze większe znaczenie, wiem że ich miłość jest szczera i bezinteresowna. Proszę o pomoc dla mojej Blansi, bo nie wiem co się może z nią wydarzyć.

Z poważaniem
Jolanta Michalska-Bukowska

Załączniki:
* opinia weterynaryjna o stanie zdrowia odebranych kociąt
* oświadczenie klubu o hod. Maybach*PL

Oto linki do treści głoszonych przez P.Artura:
* http://www.forum.tasdj.pl/
* http://www.koty.pl/forum-dyskusyjne/

Pani Zalewska złożyła doniesienie na policję w Sulejówku, iż przywłaszczyłam sobie swoje własne koty i dn. 25.01.10r po rozmowie i okazaniu dokumentów policjant powiedział, że na podstawie zebranych materiałów sprawę umarza przed jej wszczęciem.



Jolanta Michalska-Bukowska
tel: (+48) 0 606-914-419
e-mail: maybach55@o2.pl